piątek, 11 lipca 2014

Epilog

'W życiu istnieją rzeczy o które warto walczyć do samego końca'

- Ashton, ty debilu! Ona była moja! - wrzasnęła Rachel rzucając się na chłopaka. On za to wyglądał na rozbawionego zachowaniem koleżanki i nic nie robił sobie z jej złości. Po prostu wżerał sobie jej upieczoną kiełbaskę.
Siedziałam na kocu wtulona w ukochanego, który otaczał mnie swoimi silnymi ramionami. Obydwoje próbowaliśmy się powstrzymać przed wybuchnięciem śmiechem. Nie chciałam zginąć z rąk Rach. Austin chyba także nie. Natomiast inni już zanosili się płaczem.
Minął miesiąc od całej sprawy z Amber i ciążą. Z pomocą przyjaciół udało mi się otrząsnąć także z szoku dotyczącego mojego ojca. Pomimo tego, że wszystko wracało do normy, w głębi nadal czułam ból. Z matką się nie kontaktowałam. Jej zachowanie jest dla mnie nie wyobrażalne. Ciężko będzie mi z nią porozmawiać, ale wiem, że kiedyś będę musiała. Trish z nią rozmawiała, dlatego przestała obsypywać mnie wiadomościami i połączeniami. Dała mi czas na ułożenie wszystkiego. Ta sprawa jest dla mnie wciąż trudna i potrzebuję czasu by stanąć z nią oko w oko.
Z ojcem natomiast rozmawiam. On nie jest niczemu winny. Tak samo jak ja, o niczym nie wiedział. Może to nie są prawdziwe stosunki pomiędzy ojcem a córką, ale staramy się stworzyć rodzinę. Żeby nie obciążać Trish, zamieszkałam u niego.
Pomiędzy mną a Austinem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Kocham go i wiem, że on mnie też. Zaufałam mu i opowiedziałam o wszystkim. Wysłuchał i sprawił, że poczułam się lepiej.
Oczywiście w tym wszystkim nie zabrakło Trish i Deza. Oni są najlepszymi przyjaciółmi na świecie i wiem, że zawsze mogę na nich polegać.
Dez musiał się rozstać z Rose, co nie było dla niego łatwe. Ogarnął się jednak i żyje dalej. Na samym początku wiedział, że nie może się w to mocno angażować, miał świadomość, że rudowłosa wyjedzie.
A Amber? Ona i Joel zniknęli z mojego życia. Kiedy wszystko się wydało, uciekli z miasta. Stchórzyli, bali się ponieść konsekwencje. A ja nie miałam siły by ich ukarać i puściłam sprawę w niepamięć. Może to i lepiej? Nie chcę rozdrapywać starych ran.
Teraz całą klasą, oczywiście oprócz Amber i Jo, spotkaliśmy się na klasowym ognisku. Siedzimy na jakiejś polance. Wokół panuje półmrok, ale atmosfera jest przyjazna. Wszyscy tu traktujemy się jak rodzinę. Ja mimo że dołączyłam do tej klasy niedługo przed zakończeniem, też ich tak traktuję.
Wspominaliśmy czasy spędzone w liceum zajadając się kiełbaskami prosto z ognia. Nie obyło się bez śmiechu czy łez.
- Całe moje życie zmieniło się kiedy się tu przeprowadziłam. Z klasowego klauna zmieniłam się w silną dziewczynę. A to wszystko dzięki wam – uśmiechnęłam się kierując słowa do wszystkich tu zgromadzonych. Mój wzrok jednak zatrzymał się na Austinie. - Wiesz, że podobałeś mi się od zawsze? Kiedy moje życie zaczęło się sypać, straciłam nadzieję, że kiedykolwiek będziemy razem. A ty pojechałeś po mnie i sprawiłeś, że moje serce roztrzaskane na milion kawałeczków, znowu zabiło. Poczułam, że mam dla kogo żyć. Kocham cię. – Poczułam jak blondyn ociera łzy, które mimo mojej woli skapywały po policzkach.
- Też cię kocham – uśmiechnął się i złączył nasze usta w czułym pocałunku. Obydwoje podczas tego gestu uśmiechaliśmy się do siebie. Nie zapominając, że nie jesteśmy sami oderwałam się od chłopaka. Dziewczyny patrzyły na nas z lekko załzawionymi oczami i uśmiechały się.
- Awww, jesteście tacy słodcy. Cieszę się, że wreszcie jesteś szczęśliwa – Trish przytuliła mnie. Byłam jej strasznie wdzięczna. Gdyby nie czarnowłosa, spałabym pod mostem. Może nawet całkowicie bym się załamała. A ona i jej rodzice przygarnęli mnie do siebie starając stworzyć mi drugi dom. Uśmiechnęłam się do niej. Austin ponownie otulił mnie ramionami i ucałował we włosy.
- Wszystko co dobre jeszcze przed nami – wyszeptał.


***

Na początek przepraszam, że epilog jest dopiero teraz. Nie miałam po prostu czasu, żeby go napisać.
Tak wiem, jest okropny ;-; I krótki, ale taki miał być. Bo to nie rozdział, a zakończenie historii. 
Czyli to już koniec perypetii Ally, Austina, Trish i Deza... Jeju, ten rok minął tak baardzo szybko! Przecież jeszcze niedawno ja zaczynałam pisać tą historię ;/ 
Zaczęłabym pisać tu jakąś długą przemowę, ale nie mam do tego głowy. To opowiadanie było drugim o Austinie & Ally, które zakończyłam (pierwszy blog pisałam z 2 lata temu, ale został usunięty xx). Wiadomo, że jest dla mnie ważne. Nawet nie wiecie jak bardzo pokochałam pisanie. A to, że mam to dla kogo robić, jest najlepsze.
Zdobyłam 74 obserwatorów, 720 komentarzy i około 68 tysięcy wyświetleń. To takie wspaniałe uczucie, jeju *.* Nawet nie wiecie jak wielki uśmiech miałam na twarzy z każdym nowym obserwatorem, komentarzem.. 
Nawet nie ma sensu wypisywać tu osób, którym dziękuję, bo z pewnością bym zaraz się pomyliła. Mówię po prostu DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM. Za to, że tu byliście i komentowaliście opowiadanie. Dziękuję tym, którzy byli ze mną przez cały czas, ale też tym, którzy zaczęli to czytać później. 
Byłoby mi bardzo miło, gdyby każda osoba, która czytała to opowiadanie, raz zostawiła po sobie komentarz ♥
Od teraz znajdziecie mnie na drugim blogu >> http://unbroken-love.blogspot.com/ 
Kocham was i jeszcze raz dziękuję z całego serduszka! <3


poniedziałek, 30 czerwca 2014

hello there.


Wreszcie nadszedł ten moment! :3
Miałam z blogiem wystartować wcześniej, ale szablon troszkę się opóźnił, ja zresztą pisałam kilkanaście razy prolog, żeby jakoś wyglądał. Jest on już dodany, niestety krótki i dużo się z niego nie dowiecie .-.
W każdym bądź razie, rozdział pierwszy już wkrótce, a tymczasem zapraszam na ten krótki prolog i podstrony, z których dowiecie się czegoś o opowiadaniu ;)
Klikajcie tutaj >>>> Unbroken Love.
Liczę na komentarze misie :D

środa, 25 czerwca 2014

Rozdział XXXI

Rozdział dedykuję wszystkim osobom, które wspierały mnie pisząc komentarze ♥ 
_______________________
'Tak nagle się poznali. Zupełnie przypadkowo się w sobie zakochali. Przez przypadek stali się dla siebie najważniejsi. Zupełnie przez przypadek.'

Stałam na środku ogromnego lotniska czekając na odlot mojego samolotu. Błędnym wzrokiem wodziłam po ludziach, którzy przemieszczali się po dworcu lotniczym. Widziałam tyle nieznanych mi twarzy. Nikogo znajomego. Nie było łez, 'przytulasów', pocałunków, ani nic z tych rzeczy na pożegnanie. Poprosiłam Trish by nie przyjeżdżała na lotnisko, aby nikt nie dowiedział się, że wyjeżdżam. Ja sama nie zawitałam też do domu po swoje rzeczy. Musi wystarczyć mi tylko to co wzięłam kiedy uciekałam z mieszkania, oraz rzeczy, które pożyczyła mi czarnowłosa.
Ostatnie dni były dla mnie strasznie męczące. Kiedy wszystko wyszło na jaw, było mi jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy nie wiedziałam o niczym. Moja mama wydzwaniała do mnie i wszystkich moich znajomych, kilkakrotnie była też u Trish, której byłam wdzięczna za to, że mnie kryła. Aż cud, że Penny nie zawiadomiła policji o moim zniknięciu. Martwiła się. Ale co to zmieni? Nic. To nie zmieni moich uczuć, moich urazów do niej. Mój stosunek do rodzicielki nadal jest taki sam jak wtedy, kiedy wydała się cała tajemnica. Nadal nie chcę jej widzieć. Mój uraz do niej nadal we mnie tkwi. Nie wiem cy kiedykolwiek uda mi się to zapomnieć i jej wybaczyć.
Rozmyślałabym tak dalej, gdyby nie głos stewardessy wychodzący z głośników. Już za 15 minut samolot do Niemiec odlatuje, a wraz z nim ja i moje cholerne życie.
Ciężko westchnęłam, ostatni raz przed długą rozłąką spojrzałam na to miejsce i ruszyłam w stronę odprawy ciągnąć za sobą niewielkich rozmiarów walizkę.

* Dwa tygodnie później *

„Przemyślę sobie wszystko, ułożę to co powinnam, odpocznę i moje życie wróci do normy.”
Gówno prawda.
Oczywiście, jest tu wspaniale, nowe przeżycia, nowy język, nowa kultura, nowe miasto i wspaniała rodzina. Moja ciocia i wujek, mimo tego, że pracują, zwracają na mnie dużą uwagę. Wiedzą o mojej sytuacji i starają się mi pomóc, ale także nie naciskają. I jestem im za to wdzięczna. Są bardzo mili i gościnni. Naprawdę wspaniale jest u nich mieszkać.
Ale co z tego? Kiedy ja ciągle cierpię? Tęsknię za Austinem. I to tak cholernie. Za jego uśmiechem, ciepłymi słowami, silnymi ramionami, za jego głosem. Żałuję, tak bardzo żałuję, że wtedy go spławiłam i przekreśliłam naszą przyjaźń. I, że nie dałam mu szansy. A przecież każdy ma prawo popełniać błędy, po to właśnie się urodziliśmy. To samo tłumaczyłam swojej matce, prawda? Gdybym tylko mogła cofnąć czas i przytulić go i powiedzieć 'wybaczam'. Nie umierałabym teraz z tęsknoty...
Głaszcząc Lily, psa Green'ów, siedziałam po turecku na łóżku wpatrując się w krajobraz za oknem. Pokój w którym aktualnie przebywałam był pokojem gościnnym, który stał się moim na czas pobytu w Niemczech. Był urządzony dość nowocześnie. Kremowe ściany i meble z brązowego drewna komponowały się idealnie. Polubiłam to pomieszczenie, zwłaszcza dlatego, że było spokojne.
Zmęczona ciągłym rozmyślaniem wstałam. Suczka zeskoczyła z łóżka zabawnie merdając ogonkiem. Zachichotałam i podeszłam do lustra.
Niepokoił mnie mój stan. Czy kobiecie w ciąży tak szybko mijają objawy? Wymiotowałam tylko tydzień, inne bóle, nie licząc psychicznych, także szybko odeszły. Do tego nie widać po mnie ani trochę, abym była w ciąży. A chyba miesiąc po zapłodnieniu już choć trochę coś widać, nie? Tymczasem ja nie zauważyłam żadnych zmian. Westchnęłam.
Sięgnęłam po szczotkę i zaczęłam rozczesywać moje włosy. Patrzyłam w swoje odbicie. Nie widziałam już tam tej uśmiechniętej Ally. Choćbym bardzo się starała, nie potrafię już nią być.
Ubrana w żółtą, zwiewną sukienkę i czarne koturny wyszłam z mojego pokoju.
- Idę się przejść ciociu – poinformowałam kobietę pojawiając się w salonie.
- Jasne, tylko nie wracaj późno. Ja i wujek wychodzimy za jakiś czas, Rose i Ryland pewnie też gdzieś wybędą – posłała mi uśmiech. Z niemałym trudem, moje kąciki ust także lekko uniosły się ku górze. Wyszłam z domu. Powolnym spacerkiem kierowałam się wprost przed siebie. Wiatr owiewał moje ciało sprawiając, że odczuwałam dreszcze. To już nie ten klimat co w Ameryce. Po 30 minutowej przechadzce usiadłam na ławce by odpocząć. Tu było całkowicie inaczej. Niesamowitym przeżyciem było móc poznać kulturę innego państwa. Napawałabym się tym dalej gdyby ktoś nie dosiadł się do mnie.
- Witaj Ally – usłyszałam głos... znienawidzonej przeze mnie blondynki? Co ona tu do cholery robi?!
- Amber? Co ty tu robisz?
- Tak się witasz z koleżanką z klasy? Opowiadaj, jak ci się układa z Joelem? - uśmiechnęła się i objęła mnie ramieniem.
- Co cię to obchodzi? - warknęłam i wstałam z ławki.
- Oj Ally, nie ładnie tak. Porozmawiaj ze mną. Dobrze czujesz się ze świadomością, że nikt cię nie chce? - udawała zmartwienie. Huh?!
- Co ty możesz wiedzieć? Odczep się ode mnie – odsunęłam się od niej i postawiłam pierwszy krok by odejść.
- Wiem więcej niż myślisz, Ally. Jesteś strasznie naiwna słoneczko. Myślałaś, że Joel naprawdę cię zechce? Oh, niedoczekanie – zaśmiała się.
- O czym ty mówisz?
- Pomyślałaś może o tym by pójść do innego ginekologa niż do tego u którego byłaś?
- Nie? - zadałam pytanie retoryczne. - Do czego zmierzasz?
- No nie mów, że dalej nie zrozumiałaś, że wcale w ciąży nie jesteś – popatrzyła na mnie. Widząc mój pytający wzrok kontynuowała. - Myślisz, że tak łatwo bym ci odpuściła? Na tej imprezie dosypałam ci jakiś tabletek od których miałaś się gorzej poczuć, wymioty i takie sprawy. No i przy okazji żebyś straciła świadomość, bo za cholerę nie chciałaś niczego wypić. Więc, zrobiłam tak, abyś pomyślała o ciąży i poszła do lekarza, któremu zapłaciłam za sfałszowanie wyników. Joel był mi potrzebny do spełnienia tego planu. Gdyby nie on i wasza „niby wspólna noc”, nie pomyślałabyś o ciąży i nie udałabyś się do szpitala – zaśmiała się szyderczo. Ja za to zszokowana patrzyłam się na Amber. Boże, jaka ja jestem głupia!
- Dlaczego to zrobiłaś? - syknęłam zaciskając pięści. Próbowałam powstrzymać płacz, by nie wybuchnąć przy Amber. Nie mogłam dać jej satysfakcji. Co do cholery jest ze mną nie tak?!
- To proste. Chciałam się ciebie pozbyć. Chciałam cię zniszczyć. Pojawiłaś się i już pierwszego dnia owinęłaś sobie Austina wokół palca. On był mój i będzie, a ty mi tylko ułatwiłaś sprawę. Skoro już miałam cię wyniszczyć, pomyślałam, że zrobię to inaczej niż twoją śmiercią. On by wtedy cierpiał i tęsknił, a ja nic bym nie osiągnęła. Dlatego też zaszłaś w niby ciążę. Austin cię nienawidzi a ja mogę teraz wrócić do Miami i się nim zająć.
- Myślisz, że wypłacze ci się w ramie i będziecie żyć długo i szczęśliwie? – prychnęłam. Byłam cholernie zła. I na nią i na siebie.
- Mam większe szanse niż ty.
- Zobaczymy co powiesz kiedy o wszystkim się dowie.
- Zobaczymy co powiesz kiedy on ci nie uwierzy – powiedziała takim samym głosem jak ja. Pokręciła głową dając mi jasno do zrozumienia, że to ona tu wygrała i odeszła. Jebana suka. Co ja zrobiłam, że tak bardzo mnie nienawidzi? Zrujnowała mi życie swoimi głupimi gierkami. Jak ja mogłam być tak głupia żeby uwierzyć w ten wynik ciążowy? Jak mogłam nie pomyśleć o teście czy też odwiedzeniu innego ginekologa na potwierdzenie tych słów? Kto do cholery zatrudnia takie osoby to pracy?!
Ta cała impreza zorganizowana była tylko dlatego żeby mnie zniszczyć? A Joel był tylko jej pieskiem na posyłki i miał mnie w dupie, tak jak każdy?
Otrząsnęłam się z tego stanu i ruszyłam przed siebie chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Byłam roztrzęsiona, emocje targały moje ciało. Nie wiedziałam jak się uspokoić. Czułam, że niedługo wybuchnę głośnym szlochem, mimo że tego nie chciałam. Byłam bezsilna.
Weszłam do domu uprzednio otwierając drzwi kluczem. Całej rodziny Greenów nie było w domu, co było mi na rękę. Rzuciłam w kąt buty i pobiegłam do swojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami i oparłam się o nie plecami. Ciężko oddychałam.
Trwałam w takim transie przez dłuższą chwilę, dopóki nie ocucił mnie dzwonek do drzwi. Zdziwiona szybko przemyłam swoją twarz w łazience i podeszłam do nich. Zupełnie nieświadoma kogo za nimi zastanę, otworzyłam je.
Moje emocje na twarzy zmieniły się błyskawicznie. Osoby, która za nimi stała kompletnie się nie spodziewałam.
- Austin? - wydusiłam. Kąciki ust blondyna uniosły się lekko ku górze.
- Mogę wejść?
- T-tak – otworzyłam drzwi i wpuściłam chłopaka. Poprowadziłam go do mojego pokoju i usiadłam na łóżku. - Jak ty tu się znalazłeś? Po co przyleciałeś? Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? Po...
- Ally, zwolnij – przerwał mi. Od razu zamilkłam. - Po długich błaganiach, wreszcie udało mi się to wyciągnąć od Trish. Myślałaś, że tak łatwo odpuszczę? - westchnął i przeniósł swój wzrok na ścianę. - Nawet nie wiesz jak mi było trudno. Jesteś dla mnie najważniejsza, nawet jeśli znam cię tylko kilka miesięcy. Kiedy zaczęłaś się umawiać z Joel'em, coś we mnie pękło. Wiedziałem, że dobrze się to nie skończy. Ale ty byłaś nim tak ślepo zaślepiona...
- Po co mi to mówisz? Przyleciałeś, żeby mnie zdołować? - warknęłam.
- Po prostu nadal nie rozumiem twojego zachowania.. Dlaczego kiedy wszyscy tłumaczyli ci jaki Joel jest naprawdę, ty robiłaś swoje? - ciągnął dalej.
- Nie rozumiesz tego! - wybuchłam. - Zrobiłam to, bo chciałam o tobie zapomnieć. Nawet nie wiesz jak bardzo boli nieodwzajemniona miłość. Do cholery, zakochałam się w tobie i nie potrafiłam z tym poradzić. A kiedy zaczęły przytłaczać mnie kolejne problemy, nie panowałam już nad sobą – wykrzyczałam mu to prosto w twarz, machając rękami i jednocześnie płacząc. Nagle przez mój umysł zaczęły przechodzić wszystkie wspomnienia. Blondyn stanął przede mną i złapał mnie za nadgarstki.
- Puść mnie! Nienawidzę cię! - krzyczałam, próbując mu się wyrwać.
- Nawet jeśli tysiąc razy powtórzysz, że mnie nienawidzisz, ja już nigdy nie pozwolę ci ponownie odejść – powiedział stanowczo i wpił się w moje wargi. Zdziwiona, pocałunek odwzajemniłam dopiero po chwili. Austin całował mnie pewnie i namiętnie. Po chwili jednak obsypywał mnie pocałunkami delikatniej. Jakbym miała mu uciec. Otulił mnie swoimi ramionami i przerwał czynność. - Kocham cię Ally – wyszeptał. Wtuliłam się w niego lekko szlochając. Odsunął się i spojrzał w moje oczy. - Zrozumiałem, że uczucie do ciebie to nie tylko przyjaźń, kiedy zaczęłaś się spotykać z Joelem. Starałem się odciągnąć cię od niego, ale nie wiedziałem jak. A potem po prostu wszystko spieprzyłem.
- Też cię kocham – szepnęłam i uśmiechnęłam się.
- Co?
- Też cię kocham. Jak wariatka – powtórzyłam głośniej. Austin dotknął mojego policzka i ponownie mnie cmoknął.
- Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek? - zapytał. Pokiwałam głową na 'tak'. - Już wtedy wiedziałem, że jesteś dla mnie kimś więcej. Głupi jednak tłumaczyłem sobie, że to przyjacielski pocałunek. A już od dawna mogliśmy być razem...
- Kto ci powiedział, że chcę być z tobą? - droczyłam się z nim. Niesamowite jak jedna osoba może zmienić całe twoje życie. Przecież ja jeszcze przed chwilą chciałam zrobić ponownie to co po kłótni z matką. A tu bum, pojawia się Austin i nagle wszystkie chęci do życia wracają. - Oh, żartuję głuptasie. Jasne, że chcę – wybuchnęłam śmiechem widząc jego minę.
- Więc, jedyne co mi zostaje, to zapytać, zostaniesz moją dziewczyną? - powalająco się uśmiechnął i zbliżył do mnie tak, że stykaliśmy się czołami.
- Tak, Austin – odpowiedziałam bez zawahania i ponownie złączyłam nasze usta w pocałunku.
Czułam się szczęśliwie, pierwszy raz od bardzo długiego czasu. Od długiego czasu na mojej twarzy nie istniał prawdziwy uśmiech, a moje serce nie było wypełnione tak wielką radością. Jedna wizyta, a całe moje życie zmieniło się ponownie o 360 stopni.
Może jednak warto tak wiele wycierpieć, by potem wreszcie poczuć się szczęśliwym?


***

Heej kochani ♥
Dostałam wreszcie nowy telefon i mogłam dokończyć rozdział. Ten tydzień, mimo, że olałam sobie szkołę, był straaasznie męczący. Praktycznie w ogóle mnie nie było w domu. No, ale coś tam nabazgrałam. 
Jestem nawet z niego zadowolona. Znowu mi coś w nim nie pasuje, ale chyba najgorszy nie jest.. No i przede wszystkim jest bardzo długi jak na mnie! 1900 słów! W życiu nie napisałam tak długiego rozdziału. No, ale jest ostatnim, więc trzeba się było postarać ;p Nie martwcie się, epilog także będzie :)
No.. spodziewaliście się, że to Amber stoi za wszystkim? Wiem, że domyślaliście się, że Ally w ciąży nie jest ;p 
Kto już stracił nadzieje na Auslly? Haha, uwierzcie, ja kilkakrotnie musiałam się powstrzymać żeby ich nie zrobić razem ._. Ale wytrwałam. Jestem z siebie dumna. Dalej nie dociera do mnie, że przetrwałam bez pisania o nich CAŁY ROK. A jestem ogromną fanką Auslly i to zadanie było strasznie trudne ._.
Co do drugiego bloga, pracuję nad nim. Jak na razie czekam na szablon. Kiedy tylko go dostanę, na blogu pojawi się notka z linkiem ;) Wiem, że dwie osoby na pewno go już widziały (mimo, że prace nadal trwają), bo pojawiły się już dwa komentarze (naprawdę, jak wy go wynaleźliście!? ._.). Jestem jednak ciekawa opinii reszty. Od razu mówię, że raczej będzie to inny blog niż ten, bo odpoczywam od opisywania tych życiowych dram xd Mam nadzieję, że będzie was tam więcej, bo bardzo mi na tym zależy ♥
Dlatego, wyczekujcie notki o nowym blogu może nawet w niedzielę :) 
Mam nadzieję, że komentarzy będzie więcej niż pod poprzednim rozdziałem c:
Kocham! ♥


niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział XXX

'Może lepiej się nie przyzwyczajać? Być samotnym, nie mieć przyjaciół? Wtedy na nikim Ci nie zależy, więc nikt Cię nie zrani, prawda?'

Weszłam do domu trzaskając drzwiami, które cudem nie wyleciały z zawiasów. W duchu modliłam się, by to co powiedział John, czy jak mu tam, było tylko kłamstwem. Mijając zdziwione rodzeństwo, lekko zdenerwowana weszłam prosto do biura rodzicielki. Matka akurat grzebała coś w papierach, wyjmując na stół co rusz to inne segregatory. Przyglądała się papierom w nich znajdujących ze skupieniem, jakby świat rzeczywisty dla niej nie istniał. Musiałam jej jednak przerwać tą błogą ciszę. Wpadłam do tego pokoju, tym samym sprawiając, że rodzicielka oderwała wzrok od zakurzonych kartek i przeniosła go na mnie.
- Jak mogłaś? Przez całe życie ukrywałaś przede mną tak ważną sprawę?! - zaczęłam się wydzierać wymachując rękami.
- Ale zaraz Ally, spokojnie. O czym ty mówisz? - Nie no, ona tylko taką głupią udaje by wybrnąć z kłamstwa, czy naprawdę taka jest?
- Ukryłaś przede mną biologicznego ojca. Kim ty jesteś? Nie poznaję cię mamo – zmieniłam swój ton. Głos mi się powoli załamywał, a ja już nie potrafiłam zapanować nad trzęsącymi się rękoma. Złość uleciała szybko, a w jej miejsce wstąpił smutek.
- Ally ja... pozwól, że wszystko ci wytłumaczę – położyła dłoń na moim ramieniu. Szybko ją jednak strzepnęłam i odsunęłam się kilka kroków do tyłu. To już nie jest moja matka... - Ukryłam przed tobą ojca, bo dokładnie wiedziałam jaki on jest. Zaszłam w ciążę w ostatniej klasie liceum, tak jak ty. Lester, bo John został wymyślony na poczekaniu byś się nie domyśliła, był szkolnym podrywaczem, nie liczył się z uczuciami innych i kończył w łóżku z każdą nowo napotkaną dziewczyną. Ja niestety także uległam jego zalotom i skończyło się na tym, że wpadliśmy. Nie mówiłam mu o ciąży, nie chciałam by wiedział. Wkrótce on wyjechał, a ja odetchnęłam z ulgą, bo udało mi się utrzymać ciebie w tajemnicy. Z tobą natomiast, pomógł mi jego brat, Jeremy, z którym przyjaźniłam się. To jego nazywałaś ojcem i to jego masz na fotografiach. To on zmarł w wypadku samochodowym. On był twoim tatą i tak powinno zostać. Musiał teraz jednak pojawić się Lester... Zrozum kochanie, że zrobiłam to dla twojego dobra – skończyła patrząc mi prosto w oczy. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Zacisnęłam powieki i po sekundzie ponownie je otworzyłam.
- Nie mów tak do mnie. W tej właśnie chwili straciłaś córkę. Co z tego, że w liceum był podrywaczem? On był wtedy „szczeniakiem”, nie miał zielonego pojęcia co to jest życie. Popełniał tysiące błędów, tak jak każdy. Nawet nie dałaś mu szansy, a on miał prawo wiedzieć, że na świat przyjdzie dziecko, które będzie jego córką. Ukrywanie nas przed sobą było najgorszym co mogłaś zrobić. Nie sądziłam, że jesteś do tego zdolna. Nie chce cię znać – zakończyłam swój monolog i zapłakana wybiegłam z pomieszczenia, zostawiając osłupiałą matkę na środku pokoju. Trzymając rękę na oczach i jednocześnie dławiąc się łzami, wbiegłam do swojego pokoju. Drzwi zamknęłam na klucz. Miałam szczerze wszystkiego dość. Dlaczego ja nie mogę być nastolatką z problemami typu „w co się dzisiaj ubrać”?! Jestem tylko człowiekiem, nie potrafię radzić sobie z wszystkimi problemami sama. Zwłaszcza, że na każdym kroku tracę osoby, które przytrzymywały mnie przy życiu.
Nagle poczułam jakby cały strach ze mnie spłynął. Zniknął. Przestałam się bać, zapomniałam o konsekwencjach. Zdecydowanym ruchem weszłam do łazienki. Z szafki wyciągnęłam jakąś żyletkę. Usiadłam w kącie pomieszczenia, dzierżąc w dłoni przedmiot. Zamknęłam oczy i zrobiłam pierwszą kreskę na nadgarstku. Syknęłam pod wpływem bólu. Łzy ponownie popłynęły, jednakże w mniejszej ilości niż kilka minut temu. Wiem, że to nie było w porządku. Nie myślałam teraz o dziecku, o tym co może mi się stać za kilka sekund. Chciałam po prostu zasłonić ból psychiczny, bólem fizycznym. Zbyt długo udawałam silną Allyson Dawson, teraz już tego nie potrafiłam. Osoby, które trzymały mnie na duchu opuściły mnie, a wraz z nimi, opuściły mnie siły do życia. Teraz nawet myśl, że za kilka miesięcy na świat przyjdzie mój mały skarb, nie pomagał mi w moich problemach. Straciłam matkę, Austina, wyjechała Kira, Dez, Rose i Ryland zajmują się sobą, a ja mam teraz tylko Trish. Właśnie, Trish! Robiąc kolejną ranę na ręce dostałam olśnienia. Szybko wstałam, okaleczony nadgarstek przemyłam wodą i wyszłam z łazienki. Z szafy wyciągnęłam pierwszą lepszą bluzę by mieć jak zasłonić rany. Wzięłam do torby kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wybiegłam z pokoju, a potem z mieszkania. Zrobiłam to dyskretnie, tak by nikt z rodziny się nie dowiedział, że uciekłam. Na moje szczęście nikt mnie nie zauważył. Wyszłam z posesji i skierowałam się w stronę domu przyjaciółki. Musiałam wyglądać potwornie, bo sprowadzałam na siebie wzrok przechodniów. Wyciągnęłam telefon i spojrzałam w ekran. Rozmazany tusz, podpuchnięte oczy. Próbowałam poprawić trochę swój wizerunek wycierając twarz rękawem, ale nie bardzo mi się to udało.
- Ally? Co ci się stało? Jak ty wyglądasz! - nagle usłyszałam dobrze znany mi głos. Podniosłam mój pusty wzrok do góry i ujrzałam Austina , który teraz ze smutkiem patrzył na mnie. Przybliżył się do mnie, ja jednak minęłam go zwinnym ruchem. Jeszcze jego mi dzisiaj brakowało. - Zaczekaj, chcę porozmawiać.
- Wydaję mi się, że nie mamy o czym. Ty uważasz mnie za dziwkę, ja nie chcę takiego przyjaciela, więc myślę, że to już koniec. Znajdź sobie inną do zabawy – syknęłam. On jednak nie dał za wygraną i pociągnął mnie za nadgarstek, tak, że odwróciłam się i wpadłam prosto na niego. Syknęłam, bo złapał mnie za miejsce, które nadal krwawiło.
- Płaczesz przeze mnie? Ja naprawdę nie chciałem wtedy cię tak nazwać. Ja po prostu...
- Przestań Austin, nie mam siły teraz z tobą rozmawiać – rzekłam z ciszonym głosem przerywając mu. Ręką zdjęłam kosmyk włosów wpadający na moją twarz, niestety nie tą, którą powinnam...
- Cięłaś się?! - wrzasnął.
- Zamknij się! Tak, cięłam się. To wszystko mnie po prostu przerosło. Zresztą, nie musisz udawać, że się o mnie martwisz.
- Ally do cholery, ja nie udaję, nigdy nie udawałem i nie będę! Jesteś moją przyjaciółką, zależy mi na tobie. Jak widzę, że cierpisz moje serce się łamie na kawałeczki...
- To dlaczego sam robisz wszystko, bym cierpiała bardziej? - przerwałam mu.
- Nelson miał wypadek, a Cassidy potrzebowała u mnie wsparcia. Kiedy ty wpadłaś do mnie do domu z wiadomością, że jesteś w ciąży, zniecierpliwiony czekałem na wiadomości od Cass co do jego stanu. Nie panowałem wtedy nad sobą i nad tym co mówię, nie chciałem cię zranić. Ja wiem, że to głupie wytłumaczenie, ale proszę cię Ally, nie skreślaj naszej przyjaźni. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, zaraz po rodzinie. Gdybym mógł cofnąć czas, przytuliłbym cię wtedy i powiedział, że przetrwamy przez to razem... - Austin mówił wszystko patrząc mi prosto w oczy. Jego ton zmieniał się z każdym jego kolejnym słowem. Na początku był stanowczy i zdenerwowany, ale zmienił się na ściszony i bezradny. Taki jaki teraz wydawał się być Austin. Ja także to patrzyłam w jego ślepia. Z tym, że ja powoli traciłam widzenie, bo oczy ponownie mi się zaszkliły. Wiedziałam, że on mówi szczerze. Gdyby nie zależało mu na mnie, nie próbowałby teraz mnie odzyskać. Ale to po prostu strasznie bolało i nie potrafiłam mu teraz tego zapomnieć. Nawet jeśli to sprawiało, że moje serce tak bardzo bolało.
- Austin, wybacz, ale ja po prostu nie potrafię ci teraz wybaczyć. Cześć... albo – żegnaj – powiedziałam. - Zapomnij o mnie, tak będzie najlepiej. - odparłam i szybko pobiegłam w stronę domu czarnowłosej. Słyszałam w oddali głos Austina, ale zagłuszył go mój płacz. Zadzwoniłam do drzwi, w których już po chwili pojawiła się Trish.
- Ally, jeju – zaskoczonaTrish wpuściła mnie do środka i mocno przytuliła. Wtuliłam się w nią jak w małpkę i dałam upust wszystkim uczuciom kotłującym się we mnie. - Co się stało?
- Mój ojciec żyje, rozumiesz? Ukrywała to przede mną całe życie! Do tego przekreśliłam przyjaźń moją i Austina. Dlaczego to wszystko przytrafia się właśnie mnie? Czym zawiniłam? - płakałam jej w ramię. Czarnowłosa poprowadziła mnie do salonu, gdzie usiadłyśmy. Wytłumaczyłam jej dokładnie co dziś się stało, a ona słuchała tego w skupieniu.
- Ally, zostaniesz u mnie przez najbliższy czas, jeśli trzeba będzie to możesz tu zamieszkać nawet na stałe. Nie pozwolę ci teraz tam wrócić.
- Nie Trish, podjęłam decyzję. Doceniam to co dla mnie robisz, ale ja potrzebuję odpocząć od tego miejsca i niektórych osób. Chcę wyjechać do Niemiec, do cioci. Rose i Ryland także niedługo wracają do swojego domu, więc będę tam kogoś miała. Po prostu tego potrzebuję, żebym mogła sobie wszystko poukładać... Możesz nikomu nie zdradzać gdzie będę? - zapytałam ciężko wzdychając.
- Jesteś tego pewna?
- Tak – westchnęłam.
- Tak więc twój sekret będzie u mnie bezpieczny – uśmiechnęła się, czym dodała mi otuchy.


*******

No cześć pingwinki ^^ Co tam u was? :D U mnie szkoła, szkoła i jeszcze raz szkoła. Niby zbliża się koniec roku, a te wszystkie diagnozy i poprawianie ocen tak męczą, że nie mogę spokojnie dokończyć rozdziału. Męczyłam się z nim przez kilka tygodni, a jak wreszcie skończyłam to narzekam, że jest okropny ;-; Coś mi w nim nie pasuje, ale nie wiem co ;/ Może to przez to przemęczenie? Ostatnio w ogóle nie mogę przysiąść w domu i odpocząć, bo jak nie szkoła to przesiaduję u babci... A dziś idę na "imprezkę" na stadionie! Pobawimy się na karuzeli, jak małe dzieci haha XD Przyjeżdża Stachursky, co mnie nie bardzo interesuje, i Queen Band. Może nie jestem jakąś tam fanką Queen, a ten zespół to podróba, ale się tak jaram, że ja pierdole *.* Gdyby tylko nie padało, bo strasznie zimno jest i chmury takie deszczowe ;-; No nie ważne. Co tam u was, jak życie mija? :P 
Czekam na opinie kochani ^^
Do napisania ;) 
Ps. Prawdopodobnie jest to przedostatni rozdział na tym blogu, kolejny będzie ostatnim. Nie wiem czy napiszę jeszcze epilog, ale postaram się. Przepraszam, ale nie mogę prowadzić tego bloga w nieskończoność, ja sama nie mam już pomysłów ;/



wtorek, 27 maja 2014

Rozdział XXIX

Rozdział XXIX
'Czasami łatwiej znieść czyjąś śmierć niż czyjeś kłamstwa.'

Kiedy bliski tobie człowiek umiera, zamykasz się w sobie. Tracisz nadzieję na lepsze jutro, bo wiesz, że już nigdy go nie zobaczysz, nie dotkniesz, nie porozmawiasz. I może wtedy myślisz, że już nigdy nic nie będzie takie samo, to wcale nie jest prawdą. W końcu zapomnisz, a przynajmniej nie będziesz tego rozpamiętywać tak bardzo jak na początku. Przejdą smutki, żale i ponownie się uśmiechniesz.
Z kłamstwem jest podobnie, z taką różnicą, że to pozostanie w tobie na zawsze. I nie chodzi tu o to, że nie mam zeszytu, a tak naprawdę mam. Mam na myśli kłamstwo, skrywane przez bardzo długi czas, mające naprawdę duże znaczenie.
Kiedy o nim się dowiesz, czujesz się oszukany, zdradzony. Nie chcesz widzieć już tej kłamiącej osoby na oczy. Wewnątrz ciebie, pozostanie to już na zawsze.
Jak to mówią, kłamstwo ma krótkie nogi.

*

(…)
- To jest Ally?
- Umm... Tak, jestem Ally? A pan kim jest? - nic nie rozumiałam.
- Ja jestem...
- To jest mój kolega z pracy, John – przerwała mu Penny. Coś nie bardzo chce mi się w to wierzyć...
- Ahaa – skwitowałam i podałam panu rękę, ukradkiem spoglądając na mamę. Była zdenerwowała, było to widać. Ale czym?
Mężczyzna uścisnął moją dłoń.
- To ja was zostawię samych – cicho powiedziałam i postawiłam pierwszy krok w stronę mojego pokoju.
- Nie kochanie, John już miał wychodzić, prawda?- spojrzała na mężczyznę.
- Właści..
- Odprowadzę cię – skwitowała moja rodzicielka i ramię w ramię wyszła z Johnem. To było dziwne, pomyślałam i ruszyłam do pokoju. Wzięłam moje piżamki w myszkę Miki, czystą bieliznę i zniknęłam za drzwiami łazienki. Tam wzięłam szybki, odprężający prysznic, przebrałam się w ubrania i ułożyłam się w łóżku. Byłam tym wszystkim zmęczona, jednak nie mogłam zasnąć.
Moja mama coś przede mną ukrywa, moja przyjaźń z Austinem już nie istnieje, a ja zaszłam w ciążę, o której nie wiem jak powiedzieć rodzicielce. A jeszcze tak niedawno, kilka miesięcy temu, żyłam regułą „Korzystaj z życia, bo ono szybko minie”. Pragnęłam każdą wolną chwilę spędzać z nowo poznanymi osobami, którzy później zostali moimi przyjaciółmi. Nie przejmowałam się niczym. Rozmawiałam z mamą, jak z przyjaciółką. A teraz? Jestem sama z tyloma problemami na głowie. Mam Trish, ale nie mogę ciągle jej się narzucać, ona ma przecież swoje życie. Snuje plany na przyszłość, a ja jej w tym przeszkadzam. Może dobrze by było gdybym gdzieś wyjechała? Tak na jakiś czas, by odpocząć. Od otaczającej mnie szarej rzeczywistości. Sama, by mieć czas na przemyślenia...
Trwając w tych przemyśleniach, powoli odpływałam do krainy Morfeusza.

*

Otworzyłam powieki. Zegar wskazywał godzinę 11:43. Dość długo spałam, ale przynajmniej czuję się lepiej niż wczoraj. Rozciągnęłam się na łóżku niczym kot i wstałam. Otworzyłam okno, bo na zewnątrz było strasznie gorąco i podeszłam do szafy. Postawiłam na zielony top i spódnicę w kwiatki. Ubrałam przyszykowane ciuchy, włosy związałam w koka, wypuszczając przy tym kilka pasm włosów i gotowa stanęłam przed lustrem. Teraz makijaż. Na powieki nałożyłam ledwo widoczny, złotawy cień, rzęsy pomalowałam czarnym tuszem, a usta musnęłam różowawym błyszczykiem. Ciążowego brzucha jeszcze nie było widać, co było dla mnie na rękę, bo mama od razu by zrozumiała, że ukrywam przed nią dziecko. Z drugiej strony to trochę dziwne, bo minęło już dość dużo czasu od zapłodnienia, a brzuch jaki był, taki jest nadal... No nie ważne. Gotowa ruszyłam do kuchni, w której siedziały Rose i Penny.
- Cześć wam – przywitałam się i otworzyłam lodówkę. Wyjęłam mleko, a z szafki płatki śniadaniowe.
- Co się dzieje? - „ni z gruszki, ni z pietruszki” zapytała Rose.
- Co? Śniadanie sobie robię – zdziwiona odparłam. Miskę z zalanymi mlekiem płatkami, postawiłam przed sobą, a sama usiadłam. Zaczęłam konsumować posiłek.
- Nie o to nam chodzi. Nie mówisz nam o czymś – westchnęła moja rodzicielka.
- Tak? Bo mi się wydaje, że to ty coś przede mną ukrywasz – warknęłam. Złość wzrosła we mnie momentalnie, a wraz z nią, zniknął mój apetyt. Nie miałam ochoty na kolejną kłótnię, dlatego odłożyłam miskę i wyszłam z kuchni. Tym samym wpadłam na zaspanego Rylanda. Widocznie jeszcze nie kontaktował, pewnie nieźle wczoraj zabalował. Włosy miał roztargane, a jego oczy były nadal zaspane.
- RyRy – uśmiechnęłam się i przytuliłam kuzyna. Nastolatek widocznie zdziwiony moim czynem, uścisnął mnie dopiero po kilkunastu sekundach. - Możemy porozmawiać? - westchnęłam i popatrzyłam mu w oczy.
- O czym ty chcesz rozmawiać? Ja z tobą? - zdziwił się.
- Ta, ja z tobą. Przekonasz się o czym, chodź ze mną – pociągnęłam go do mojego pokoju.
- Ryland, dlaczego tak się zmieniłeś? - zapytałam z troską w głosie siadając obok niego.
- Niby dlaczego mam rozmawiać o tym Z TOBĄ? Ally, jesteś moją kuzynką, ale ty mi nie mówisz o swoich prywatnych sprawach. Pozwól, że ja także pójdę swoją drogą, nie przejmuj się mną – wstał i podszedł do drzwi.
- Rose powiedziała mi o Emily... Wiem, że to może boleć, ale zmienianie stylu, wcale nie jest dobrym rozwiązaniem – powiedziałam, a Ryland odwrócił się w moją stronę. Kiedy upewniłam się, że mnie słucha, mówiłam dalej – Emily cię kochała i na pewno nie chciałaby, byś zniszczył sobie życie w ten sposób. Wiem jak się czujesz, kiedy nagle spada na ciebie takie obciążenie – westchnęłam.
- Co ty możesz wiedzieć?! Masz idealne życie, przyjaciół którzy skoczyliby za tobą w ogień, chłopcy się za tobą uganiają! A ja?! Nikt na mnie nie spogląda! Nawet nie wiesz jak trudno pozbierać się w sobie, kiedy twoja ukochana umiera – krzyknął, a z jego oczu poleciały łzy. Szybko jednak je otarł, nie chciał pokazać swojej słabości.
- Nie bój się łez, czasami to pomaga. Naprawdę myślisz, że moje życie jest idealne? Straciłam ojca kiedy byłam mała, przez to byłam poniewierana w szkole, a kiedy wreszcie się zaprzyjaźniłam, okazało się, że to nie są odpowiednie osoby. Austin nazwał mnie dziwką i znienawidził, a Joel wykorzystał i porzucił, kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży – wyrzuciłam zanim zdążyłam się ugryźć w język.
- Jesteś w ciąży?! - krzyknął, a z nim drugi głos należący do mamy. Milczałam...
- Ally, powiedz mi, że żartujesz – rodzicielka spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Dlaczego nas podsłuchujesz?
- Przechodziłam obok twojego pokoju, usłyszałam to, bo mówiłaś tak głośno. Zresztą, co ja ci się tłumaczę. Jak mogłaś ukryć przede mną tak poważną sprawę?! Ally, dziecka nie ukryjesz!
- I może nazwiesz mnie teraz dziwką, jak Austin? Bo poszłam z Joelem do łóżka w stanie nietrzeźwości? - łzy ciekły mi po policzkach. Mama chciała coś powiedzieć, ja jednak nie chciałam jej słuchać. Bałam się tego co może powiedzieć, albo zrobić. Wybiegłam z domu kierując się prosto do parku. Usiadłam na pobliskiej ławce dając upust łzom.
- Córeczko, co się stało? - usłyszałam nad sobą głos. Zdziwiona słowem „córeczko” uniosłam głowę do góry. Przed sobą zobaczyłam tego samego faceta, który wczoraj wieczorem był u nas w domu.
- Jaka córeczko? Chyba mnie pan z kimś pomylił, mój ojciec nie żyje – zaśmiałam się nerwowo.
- Nie, to ja jestem twoim ojcem. Wcale nie jestem John, a Lester...
- Niech pan sobie ze mnie nie żartuje, nie mam teraz na to humoru – odparłam.
- Nie mam powodów by kłamać. Twoja mama ukryła to przed tobą, patrz – pokazał mi kartki – listy od mamy, do rzekomego „Lestera Dawsona”.
- To żaden dowód, równie dobrze mógł je pan napisać i teraz wmawiać mi, że jestem pańską córką – prychnęłam. Naprawdę słabe żarty...
- Uwierzysz jak twoja mama to potwierdzi? - zapytał podkładając mi pod nos jego telefon komórkowy, na którym była jego rozmowa z Penny. A także sms, który ja przeczytałam...
- Nie, to nie może być prawda... Przecież mój ojciec zginął w wypadku samochodowym – patrzyłam prosto przed siebie. Wstałam i biegiem ruszyłam do domu. Czeka mnie nie miła rozmowa z mamą...


***

Zdążyłam! Przed burzą! Tzn prawie, bo już zaczęło nieźle lać, ale przed wyłączeniem neta przez mamę zdążyłam XD Kurcze, nieciekawie się zapowiada ;-; A było takie słoneczko ;c no nie ważne xD
Wiem, że rozdział okropny, ale pisałam go na szybko, poza tym rozchorowałam się, a nawet nie wiecie jak trudno jest pisać kiedy twoja głowa tak strasznie boli :| A do szkoły chodzić trzeba, bo diagnozy -,- Grr. 
No i statystyki - ok. 100 wyświetleń na dzień? Naprawdę? :c Staram się nad nowym opowiadaniem od dawna, ale nie wiem czy nie zrezygnuję, bo nie będzie dla kogo pisać ;( Ehh ;c
Komentujcie :) 


poniedziałek, 12 maja 2014

Rozdział XXVIII

Rozdział XXVIII
'You couldn't lie. Everything would be different.'


Moi przyjaciele pełni euforii kierowali się wprost na plażę. Ja jednak ciągnęłam się za nimi, nie mając ochoty na jakąkolwiek rozmowę. Może postanowiłam przestać się nad sobą użalać, ale w głębi serca nadal trwa we mnie burza uczuć.
Cieszę się, bo znowu widzę (prawie) całą paczkę. Osoby, dzięki którym poczułam się kochana i komukolwiek potrzebna. Moich pierwszych i prawdziwych przyjaciół. I moją kuzynkę, która zawsze była dla mnie wsparciem. Mimo tego, że obydwie tak bardzo się różnimy i mieszkamy na odległych kontynentach, bardzo ją kocham. Ciężko jest mi ją okłamywać...
Mimo radości, wewnątrz skrywam też sprzeczne uczucia. Wcale nie mam ochoty teraz się z nimi „dobrze” bawić na plaży. Każde moje uśmiechy posyłane w stronę Trish, Deza i Rose są sztuczne. Nie potrafię się prawdziwie uśmiechnąć, nie teraz.
- Ally, coś nie tak? - Rose objęła mnie ramieniem, odłączając się od Trish i Deza śmiejących się wniebogłosy.
- Nie, wszystko okej. – I kolejny fałszywy uśmiech.
- Może czasami zachowuję się jak totalna idiotka, ale uwierz, potrafię zauważyć, że od kilku tygodni jest coś z tobą nie tak. Nie uśmiechasz się, zamykasz się w pokoju, nie wychodzisz, nawet z Austinem nie rozmawiasz...
- Pokłóciliśmy się – warknęłam ostro przerywając jej wypowiedź. Rudowłosa spojrzała na mnie zdziwiona. - No co? Nie można się już pokłócić?
- Co nagle w tobie tyle jadu? Zawsze byłaś z nim tak blisko, zresztą, sama przyznałaś, że to co do niego czujesz, to nie tylko przyjaźń. Co się nagle stało, że tak niechętnie o nim rozmawiasz?
- Przepraszam jeśli cię uraziłam tym tonem. Austin po prostu powiedział zbyt dużo słów. Zabolało, bardzo, dlatego teraz próbuję unikać jego tematu, jak i jego samego – westchnęłam patrząc się w dal. Nie chciałam by kuzynka zobaczyła zbierające się łzy w moich oczach. Nie rycz Ally...
- Okej, o nic już nie pytam – odparła.
- Co właściwie dzieje się z Rylandem? Odkąd tu przyjechaliście rzadko kiedy widuje go w domu, a rozmawiałam z nim tylko dwa razy.
- Szczerze powiedziawszy sama nie wiem co robi. Jak lecieliśmy do was, powiedział, że Miami to miasto, w którym musi się wyszaleć, tak więc pewnie szlaja się po klubach – odpowiedziała. - Brakuje mi jego braterskiej miłości... - dodała po chwili i spojrzała na mnie. W jej oczach widziałam ból i smutek. Sama dokładnie nie wiedziałam co takiego się stało, że RyRy z chłopaka miłego i przyjaznego, stał się człowiekiem, któremu tylko imprezy i nowe laski w głowie. Nie poznaję go odkąd tu przyjechał, ale byłam zbyt zajęta swoimi problemami, by szczerze z nim porozmawiać.
- Co tak właściwie się stało, że on tak się zmienił? - spytałam zaciekawiona.
- Pamiętasz Emily? - Pokiwałam głową twierdząco. Emily jest, lub była, jego dziewczyną. To piękna dziewczyna, ma blond włosy i śliczne niebieskie oczy. Mimo, że spotkałam ją tylko z pięć razy, zdążyłam ją polubić. Jest naprawdę miła i pełna energii. A z Rylandem tworzyli idealną parę, zawsze uśmiechnięci i pełni miłości. - Powiesiła się – dodała i westchnęła. Wybałuszyłam oczy, jednak nie przerywałam jej. - Kiedy Ryland się o tym dowiedział, nie chciał z nikim rozmawiać. Unikał nas wszystkich, aż w końcu wyszedł z pokoju. Niestety stał się człowiekiem nie do poznania. Zmienił swój styl, swoją osobowość. Odwiedzał wszystkie kluby w mieście, zaczął pić, spotykał się z coraz to innymi dziewczynami. Kiedy chciałam z nim porozmawiać co jest przyczyną jego zmiany, on zmieniał temat. Aż w końcu udało mi się to z niego wyciągnąć. Powiedział, że zmienił się, bo chce korzystać z życia jak najbardziej, ponieważ śmierć może nadejść w najmniej oczekiwanej chwili. Może zabrać nawet najbliższe osoby – jej głos załamał się. - Rozumiem, jest mu ciężko, bo kochał Emily. Ale zmienił się kosztem swojej rodziny... Alkohol mu nie pomoże. Nie chcę go stracić.
- Nie stracisz go, nie płacz – kciukiem otarłam spływające łzy kuzynki. - Chyba powinnaś mu dać czas, on to sam przemyśli w spokoju i pojmie, że popełnia błąd, zmieniając się. To nie jego wina, że Emily zmarła i w końcu to do niego dotrze – uśmiechnęłam się. Szczerze.
- Dziękuję, jesteś wspaniała – na jej twarzy wykwitł lekki uśmiech. Powoli doszliśmy do plaży, nie zauważyłam nawet, że Trish i Dez od kilku minut podsłuchują nas. Ale co tam, to moi przyjaciele, zresztą – Rose chyba także, nie mamy przed nimi tajemnic.
- Chodźcie, Austin już na nas czeka! – krzyknął Dez i wesoły pobiegł w stronę morza. Zamarłam.
- Co? - zapytałam ściszonym głosem tępo wpatrując się w miejsce gdzie przed chwilą stał Dez.
- Co za cymbał, zaprosił tu Austina?! - wrzasnęła Patricia, patrząc z mordem w oczach na oddalającego się rudowłosego.
- Nie, ja nie dam rady. Wracam do domu – załamałam ręce i odwróciłam się na pięcie. Chciałam odchodzić jednak wpadłam w ramiona kuzynki.
- Nie ma tak, pokażesz mu, że nie ruszyły cię jego słowa – odparła dumna. Gdyby tylko wiedziała o co chodzi...
- Nie ma mowy, nie spojrzę teraz na niego – zmęczonymi oczyma popatrzyłam na Trish.
- Myślę, że Rose ma rację, chodź – uśmiechnęła się i pociągnęła mnie w stronę plaży. - Tylko nie płacz – szepnęła mi do ucha. Yey, odpoczynek od problemów... Oj Dez, przerąbane będziesz miał.
Niechętnie szłam do miejsca w którym stał ON. Kiedy już stanęliśmy obok chłopców, ja nawet nie uraczyłam blondyna spojrzeniem. Rozłożyłam ręcznik, zdjęłam sukienkę i ułożyłam się na nim. Dez i Rose trzymając się za rękę pobiegli w stronę wody, a Trish ułożyła się obok mnie. Ona chyba także nie miała ochoty na rozmowę z Austinem...
Speszony blondyn usiadł obok mnie i dotknął ręką mojego ramienia.
- Bierz te łapy – warknęłam. Czułam, że złość do niego wzrasta.
- Możemy porozmawiać? - niepewnie zapytał. Podniosłam się i spojrzałam na niego.
- Nie mamy chyba o czym rozmawiać. Dla ciebie jestem nikim, więc po co prowadzić jakąkolwiek dyskusję z człowiekiem, który nic dla ciebie nie znaczy?
- Nie, znaczysz dla mnie więcej niż myślisz. Przepraszam, że wtedy nazwałem cię dziwką, miałem po prostu zły dzień, Nelson trafił do szpitala, bo jakiś idiota go zepchnął ze schodów i martwiłem się o niego. Nie myślałem co mówię, wcale nie uważam cię za dziwkę. Po prostu twoje problemy mnie niezbyt wtedy interesowały... - Co się z nim stało? Dokładnie widzę, że jest nieszczery. Zresztą, nawet na mnie nie spojrzał mówiąc to. Czy ja naprawdę nic a nic dla niego nie znaczę?
- Łgarz. Mogłeś nie kłamać mówiąc mi, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, że mogę ci zaufać, że coś dla ciebie znaczę. Nie przywiązywałabym się do ciebie i nie bolałoby mnie to teraz tak bardzo, jak boli – warknęłam, wstałam z ręcznika zbierając swoje rzeczy, pożegnałam się z Trish i wyruszyłam w drogę powrotną do domu.
Nie chcę go już znać.

*

Pełna negatywnych emocji weszłam do mieszkania. Na szafkę rzuciłam torbę, a sandałki, które uprzednio zdjęłam, rzuciłam gdzie popadnie. Weszłam do salonu, gdzie zastałam mamę i... nieznajomego faceta. Kiedy mama mnie zobaczyła, w jej oczach zauważyłam zakłopotanie i zdenerwowanie. Kto to do cholery?
- To jest Ally?


***

Hejoo misiaki! ♥
Sama się sobie dziwię, że napisałam smutny rozdział kiedy jestem happy .-. Czuję, że mam gorączkę, dlatego przepraszam za jakiekolwiek błędy. Rozdział pisałam od godziny 17 i napisałam go w jeden dzień, po prostu WOW. Ale tak jakoś napadła mnie wena i nabazgrałam. 
Zgadnie ktoś kim może być ten tajemniczy facet? ^^ Mam nadzieję, że was zaskoczę.. Serio, zbliżam się już do końca i mimo, że nie chcę bloga kończyć, to kiedyś trzeba ;/ 
Tak więc, bez zbędnego biadolenia, pozostawiam rozdział waszej ocenie :)
Mam nadzieję, że będzie więcej komentarzy niż pod poprzednim rozdziałem :c 
Kooocham! ♥


niedziela, 4 maja 2014

Rozdział XXVII

Przeczytajcie notkę pod rozdziałem! 
~~~~~~~~~~~~

Rozdział XXVII
'Najgorzej jest zawieźć się na ludziach, w których widziało się tak dużo i broniło z całego serca tak mocno.'

No właśnie.
Gówniane uczucie wiedzieć, że osoba, którą uważałeś za przyjaciela, za kogoś kto pomoże ci w każdej sytuacji, pocieszy i będzie przy tobie, ma cię jednak w dupie.

*

Nienawidzę go.
Za to, że pozwolił bym go polubiła.
Za to, że był przy mnie gdy go potrzebowałam.
Za to, że wtedy znalazł mnie na ławce i pomógł trafić do domu.
Za to, że stał się moim przyjacielem.
Za to, że złamał mi serce.
Za to, że się w nim zakochałam.
Nienawidzę Austina Moona.

Czuję się okropnie. Jakby całe życie ze mnie wyparowało. A przecież powinnam się cieszyć, że za kilka miesięcy zostanę matką. W końcu nie każdemu udaje się zajść w ciążę. Wiele ludzi boryka się z problemami. Robią wszystko by mieć dziecko, a ja tego zwyczajnie nie chcę.
Jestem bezsilna. Wraz z tą imprezą całe moje życie się spieprzyło. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, nie wziąć udziału w przesłuchaniu do High School Musical. Gdyby nie to, nie spotkałabym Joela. Co za tym idzie, nie zaszłabym w ciążę. I nie straciłabym Austina...
Jeszcze lepiej byłoby gdybym w ogóle nie kusiła mamy na wyjazd z Kansas. Wolałabym tysiąc razy bardziej być pośmiewiskiem tamtejszych osób, dalej być poniżana, aniżeli siedzieć w Miami z ochotą odebrania sobie życia.
Właściwie, czego nie zrobiłam tego wtedy? Kiedy jeszcze po dniu w szkole, wracałam do domu, jadłam obiad i zamykałam się w pokoju czy łazience by płakać?
Odpowiedź jest prosta, za każdym razem tchórzyłam.
I tchórzem jestem nadal.

***

Kolejny dzień spędzony w moim małym królestwie. Właściwie wychodzę z pokoju tylko do łazienki, lub by coś zjeść. A do siebie wpuszczam tylko Trish, Rose i mamę.
Nie wychodzę z domu, bo nie chcę GO spotkać. Zbyt bardzo zraniły mnie jego słowa, by tak szybko mu wybaczyć. Zresztą, on nawet nie próbuje mnie przeprosić. Nie pisze, nie dzwoni, nie przychodzi do mnie. Zupełnie jakby mu nie zależało. Jakby nasza przyjaźń nie była dla niego ważna...
Wchodząc do pokoju ze szklanką wody, utkwiłam wzrok na fortepianie. Odstawiłam szklany kubek na biurko, a z szuflady wyciągnęłam zeszyt. Biorąc go w rękę, zasiadłam przed instrumentem.
Tylko muzyka jest teraz w stanie sprawić, że zapomnę o otaczających mnie przykrościach. Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie, kiedy to pisałam piosenki jeszcze z Austinem. Szybko jednak skarciłam się w myślach. To nie o nim powinnam teraz myśleć...
Zacisnęłam powieki by skupić się na muzyce i zaczęłam grać pierwsze nuty. Po kilkakrotnym podchodzeniu do tego zadania, wreszcie udało mi się stworzyć tekst i melodię. Mimo tego, że minęło ponad 2 godziny czasu, zrobiłam to i byłam z tej piosenki zadowolona. Nie była szybka, wyrażająca uczucia, które aktualnie we mnie buzują.
Przejechałam palcami po klawiszach i dołączając do melodii głos, ostatni raz zagrałam mój nowy utwór.

Skies are crying
I am watching
Catching teardrops in my hands
Only silence as it's ending,
Like we never had a chance
Do you have to, make me feel like
There's nothing left of me?

You can take everything I have
You can break everything I am
Like I'm made of glass
Like I'm made of paper
Go on and try to tear me down
I will be rising from the ground
Like a skyscraper!
Like a skyscraper!

As the smoke clears
I awaken, and untangle you from me
Would it make you feel better
To watch me while I bleed?
All my windows, still are broken
But I'm standing on my feet

You can take everything I have
You can break everything I am
Like I'm made of glass
Like I'm made of paper
Go on and try to tear me down
I will be rising from the ground
Like a skyscraper!
Like a skyscraper!

Go run, run, run
I'm gonna stay right here
Watch you disappear, yeah
Go run, run, run
Yeah it's a long way down
But I'm closer to the clouds up here

You can take everything I have
You can break everything I am
Like I'm made of glass
Like I'm made of paper, Oh
Go on and try to tear me down
I will be rising from the ground

Like a skyscraper!
Like a skyscraper!*

Komponowanie to jedyna rzecz, która mi jakoś wychodzi.
Otarłam łzy, które mimo mojej woli spłynęły po policzku i wstałam. Podeszłam do okna i spojrzałam na otaczający nas krajobraz. Tyle ludzi ma problemy. I to o wiele gorsze niż moje. Niektórzy są zastraszani, inni tracą cały świat jakim jest rodzina/miłość/przyjaciel, jeszcze inni są wyśmiewani i nękani z powodu wyglądu. A ja rozpaczam nad sobą z powodu dziecka. Być może to wcale nie jest taka zła wiadomość?
Od zawsze uwielbiałam dzieci, chciałam w przyszłości mieć dwójkę, chłopca i dziewczynkę. Mieć córkę lub syna z osobą, którą kocham. Gdyby to odpowiedni chłopak był ojcem, mniej bym cierpiała. Joel okazał się kolejnym idiotą, który bawi się dziewczynami i rzuca jak przeleci.
Nie chcę by moje dziecko miało takiego ojca.
Wiem tylko, że wychowam moje dziecko najlepiej jak potrafię.

Uh. Dość tego mazania się. Nie mogę całymi dniami się nad sobą użalać, ryczeć w poduszkę, oglądać smutne filmy i siedzieć w pokoju. Każdy popełnia błędy, takie już jest życie.
Wzięłam telefon i wystukałam na klawiaturze krótką wiadomość do Trish: „Co powiesz na wypad na plażę? Czekam u mnie :)”. Długo nie musiałam czekać na odpowiedź: „Raczyłaś wyjść z pokoju? Nie ważne, wszystko mi wyjaśnisz jak się spotkamy. Pozwolisz, że przytaszczę też Deza i Rose, którzy siedzą u mnie ;p”. Nie odpisałam, tylko wzięłam się za przyszykowywanie. Z szafy wyjęłam zwiewną, żółtą sukienkę i czarne sandały, a do tego dwuczęściowy, turkusowy strój kąpielowy. Przebrałam się w wyszykowane ciuchy i zgarniając potrzebne rzeczy do torby zeszłam na dół. Wychodząc z domu nałożyłam jeszcze na nos okulary przeciwsłoneczne, by nie było widać oznak mojego płaczu. Mimo dużej ilości makijażu, nadal było widać te wory pod oczami. Gdy zamykałam drzwi na klucz, ktoś stanął za mną i wrzasnął „BU!”.
- Aaaaa! - krzyknęłam i podskoczyłam ze strachu, tym samym upuszczając torbę. Odwróciłam się i zmroziłam wzrokiem przyjaciółkę. - Na żarty ci się zebrało? Nie mam na nie ochoty, cud, że w ogóle wyszłam z domu – burknęłam i podnosząc torbę, ruszyłam przed siebie. Trish wzruszyła ramionami.
- Nie przywitasz się z przyjacielem? - usłyszałam za sobą głos. Jeju, tak dawno się z nim nie widziałam, sama nie wiem jak to możliwe.
- Przepraszam, mam po prostu gorsze dni – westchnęłam i przytuliłam rudowłosego.
- Rozumiem. Tęskniłem za tobą malutka – przyjaciel mocno trzymał mnie w objęciach. Niesamowite jak ten nieogarnięty Dez, który rzadko kiedy mówił coś mądrego, teraz potrafi być dla mnie oparciem. Nie wiem jak mogłam go tak zaniedbać, on jest dla mnie jak brat. Nie chciałam by nasz kontakt się urwał, ale to wszystko mnie po prostu przerosło...
- Ja za tobą też – uśmiechnęłam się i odsunęłam od niego. - Idziemy?
- Jasne – odpowiedzieli zgodnie i całą trójką ruszyliśmy na plażę.


***
*Demi Lovato - Skyscraper


Nuuuuuuda. Uh, beznadziejny rozdział. Wydaje mi się, że nie powinnam na siłę przeciągać tej historii, bo wtedy rozdziały są cholernie nudne. Dlatego lepiej będzie, jak zacznę realizować te moje plany. Nie przeciągnę zakończenia bloga, dlatego za kilka rozdziałów ta historia już się skończy. Ale ja nie przestanę pisać, głosujcie w ankiecie z prawej strony ^^

A teraz najważniejsza część.
Wiecie co jest dzisiaj? 4 maja, a to oznacza - ROCZNICA BLOGA!!! Dokładnie rok temu opublikowałam na tym blogu pierwszy rozdział ♥ Strasznie wam dziękuję za te wszystkie wyświetlenia i komentarze. Gdyby nie wy, w życiu by mi się nie udało osiągnąć sukcesu. Mimo tego, że nie podoba mi się mój styl i rozdziały często są nudne, wy nadal jesteście i mnie wspieracie ♥ 
Bardzo bardzo baaaaardzo dziękuję wam za  te prawie 60 tysięcy wyświetleń, ponad 650 komentarzy i 64 obserwujących. Jesteście niesamowici!
Kocham was całym moim serduszkiem :3 

Ps. Przepraszam za krótki rozdział, ale jakoś krótsze rozdziały lepiej mi się pisze. Nie potrafię dłużej .-.

Czekam na komentarze! :)~